kiedys jezdzilem bardzo duzo na rowerze. zdarzaly sie takie lata (w sensie pory roku), ze potrafilem na tym urzadzeniu spedzic jakies 8-10h / dobe. nie wiem ile kilomtrow wtedy robilem, ale wiem ze bardzo, bardzo duzo. nie stac bylo mnie wtedy na licznik… ;)
dzisiaj, po jakichs 3 latach przerwy (nie doslownie, ale w ciagu tych trzech lat moze z 5-6x bylem pojezdzic), przejechalem sie jakies 20km (hgw ile - kto zna szczecin, trasa: ul.1-go maja - jasne blonia - glebokie - dokola glebokiego - jasne blonia - rondo giedroycia - 1-go maja). raz, ze siodelko troche sportowe, wiec dupa boli mnie jak cholera (mam wrazenie ze mniej bolalaby mnie gdybym jechal bez siodelka…), poza tym po przejechaniu jakichs 2/3 trasy zaczal lapac mnie skurcz prawego uda :/ no i oczywiscie do domu ledwo dotarlem… w sumie moja kobieta, ktorej nigdy bym o to nie podejrzewal, dotarla do domu w lepszym stanie niz ja ;)
niestety, rzycie jakie prowadze ma to do siebie, ze pracuje przy biurku (zarowno w sadzie, jak i w domu), i nie mam czasu na sport - chociaz tego mi strasznie brakuje :/ - a to pozniej wychodzi na wierzch. teraz jak wyjdziemy razem na jakis dluzszy spacer, to po zrobieniu paru km jestem padniety ;) (paru = do 5). jak mi sie skonczy sluzba zastepcza, to moze w koncu zaczne uprawiac regularniej jakis sport (poza seksem ;) ) i odzyje wtedy :)
A Ty? Co o tym myślisz?