To było tak:
Dzień powoli sobie mijał, jak nam zazwyczaj mija. Poszliśmy na spacer, małe zakupy… Jeszcze nie wiedziała, co Ją później czeka. Poleżeliśmy trochę, po powrocie do domu, odpoczywając. Wiedziała, że później Ją zabieram na kolejny spacer. O wyznaczonej godzinie zebraliśmy się do wyjścia - po cichu, żeby nie widziała, spakowałem do plecaka butelkę wina, i dwa kieliszki. Owinąłem je delikatnie, żeby czasem nic tam mi nie stukało. Na końcu schowałem TO. Wyszliśmy.
Po drodze pytała kilka razy gdzie idziemy, ale odpowiadałem wymijająco. Nie miała nawet próbować się domyślać. Spacerkiem, powolutku, zmierzaliśmy do celu. Do celu wycieczki dotarliśmy jakieś pół godziny później. Jako, że godzinę wybrałem wieczorną, ale nie za późną, niebo było przy zachodzącym słońcu pięknie podświetlone. Nad nami latały kaczki, fontanna radośnie strzelała wodą… Uroczo.
Porozmawialiśmy chwilę, przytuliliśmy się do siebie. Powiedziałem, że mam niespodziankę, i poprosiłem, żeby się nie odwracała. Wyjęłem z plecaka butelkę Martini, nalałem do kieliszków, i wręczyłem jej. Zaczynałem się denerwować…
Zdziwiła się nieco, ale uśmiechnęła, wyraźnie zadowolona. Pocałowała mnie. Porozmawialiśmy chwilę, w międzyczasie się przytulając. Mówię do niej w końcu, żeby usiadła. Na chwilę też usiadłem, później przyklęknęłem. Otworzyłem pudełeczko z pierścionkiem. Nie bardzo mogłem się odezwać z nerwów. Wydukałem w końcu:
Wyjdziesz za mnie?
Zatkało ją. Po chwili odpowiedziała: TAK.
No to jestem zaręczony :)