Nigdy nie myślałem, że jakieś zlecenie odbierze mi chęć do życia. Może nie dosłownie, nie miałem zmiaru popełnienia samobójstwa, ale jednak było niezabawnie.
Był sobie projekt, który powinien, tak naprawdę, zostać zrobiony może w 3 tygodnie… Ciągnął się aż 2 miesiące. 2. Słownie dwa miesiące. Raaaannnnyyyyyyyyyyyyy……… Najpierw problem z ustaleniem przez grafika i zleceniodawcę designu. Później moja choroba, a później problemy z synchronizacją między grafikiem, zleceniodawcą i mną. No i tak jakoś się to poprzeciągało.
Na dzień dzisiejszy projekt jest praktycznie skończony. Został mi do poprawienia wygląd w IE, żeby choć po części działało i wyglądało tak jak w przeglądarkach. Poza tym koniec. Jutro lub najpóźniej pojutrze powinienem dostać pieniążki… Suuuper.
Jedna rzecz tylko mnie lekko zszokowała: do niedawna miałem przybity humor, nic mi się nie chciało i w ogóle. Doszukiwałem się działania jesiennej depresji… Okazało się, że to właśnie ten przeciągający się cholernie projekt mnie dołował. W momencie, gdy go praktycznie skończyłem (miał praktycznie całą wymaganą funkcjonalność) powróciła mi chęć do życia (dosłownie: uznałem że koniec, i tak mi się lekko na sercu i duszy zrobiło, że zacząłem sobie podśpiewywać!). No full wypas opcja…