Poniższa historia zdarzyła się naprawdę - 21.05.2006 r. około godziny 14.00 na ul. Jarogniewa w Szczecinie…
Wyszedłem z domu dość późno, miałem tylko chwilę na dotarcie na przystanek. Mam zwyczaj dość szybkiego chodzenia, więc też standardowo “darłem laczki“. Kilkadziesiąt metrów przede mną idzie babuleńka - dwie pękate torby w rękach, parasolka pod pachą…
Chwilę później przebiega koło mnie młody chłoak - na oko jakieś 15-16 lat. Podbiega do babci, łapie za jedną z toreb, i zamiast uciekać - prawie się zatrzymał.
Babcia była szybka - prędkość z jaką rzuciła torby, złapała za parasol i zaczęła nim okładać chłopaka była zadziwiająca. Koleś dostał ze 3 razy, zaczął się przewracać, zanim dotarłem do nich. W tym momencie parasol zawisł w powietrzu, babcia patrzy się na chłopaka, i:
- Piotruuuuś???!!!!
Okazało się, że wnuczek podbiegł do niej i chciał pomóc dźwigać torby. Jeszcze się nie nauczył, że w tym kraju uczynność i dobroć serca nie popłaca ;)
Chwilę później pomknęłem na przystanek - na szczęście zdążyłem ;)
P.S. Moje mknięcie nieco przypominało turlanie się - ze śmiechu…